Rozmowa z Anitą Long z Tasmanii

Koniec czerwca i początek lipca był bogaty w wizyty bardzo ciekawych osób. To właśnie wtedy mogliśmy porozmawiać z naszymi gości z Tasmanii: Anitą Long oraz Laurą McDowell z Tasmanian Junior Beekeepers. Po locie trwającym 32 godziny (!) zmęczone, ale szczęśliwe dotarły do Europy. Anita wraz z Laurą uczestniczyły w tegorocznym IMYB 2019 (na Słowacji). IMYB to międzynarodowa konferencja i zawody dla młodych pszczelarzy, podczas których młodzież z całego świata sprawdza swoją wiedzę teoretyczną i praktyczne umiejętności w pasiece. Przy tej okazji Anita skorzystała z naszego zaproszenia i odwiedziła firmę Łysoń. To ekscytujące wydarzenie stało się okazją do rozmów o pszczelarstwie na dwóch półkulach naszej planety. Dla Anity wizyta w naszym kraju była tak egzotyczna, jak dla nas próbowanie miodu manuka czy słuchanie o pracy w tasmańskich pasiekach. Już sam duet Anity z Laurą był interesujący, ponieważ Anita to założycielka i koordynatorka Tasmanian Junior Beeekepers, organizacji, która bardzo aktywnie promuje pszczelarstwo wśród dzieci i młodzieży. Natomiast 12-letnia Laura to członkini tej organizacji, pszczelarka i reprezentantka Australii na zawodach IMYB. W czasie 3 dni, które uczestniczki Tasmanian Junior Beekepers spędziły w Polsce, mieliśmy okazję zaprezentować naszą firmę: produkcję, logistykę, przedstawić pracowników i naszą pasję, bo przecież motto naszej firmy brzmi „Twoje pszczoły to nasza pasja”. Anita Long na co dzień mnóstwo czasu poświęca edukacji młodego pokolenia i pracy z dziećmi, dlatego w Apilandii, czyli naszym centrum edukacyjnym spędziła sporo czasu, korzystając ze wszystkich interaktywnych eksponatów. Miały okazję również towarzyszyć wycieczce dzieciaków, które przyjeżdżają do Apilandii codziennie.

Byliśmy też na pasiece, żeby zaprezentować naszym gościom, jak wygląda pszczelarstwo w Polsce i ten punkt programu okazał się jednym z najciekawszych. Było wspólne zaglądanie do uli, przegląd ramek, rozmowy o pszczołach i miodzie. Nie obyło się bez degustacji i niespodzianek, bo Anita oprócz miodu manuka przywiozła również fantastyczny miód z drzewa sandałowego (to prawdziwy skarb Tasmanii). Ostatni dzień wizyty naszych gości z Tasmanii okazał się bardzo słodki. Zaczęliśmy nietypowym i świetnym śniadaniem, podczas którego dzieci wraz z Laurą i Anitą samodzielnie przygotowywały zdrowe posiłki na bazie naszych produktów: granoli, miodowych kłosów, pyłku oraz miodów z wykorzystaniem polskich owoców, zbóż, mleka i jogurtów. Gościom zaprezentowaliśmy również linię naszych kosmetyków, a dzieciaki wykonywały świece z wosku. Chcieliśmy też pokazać australijskim pszczelarkom polską kulturę i historię, dlatego zabraliśmy je na zwiedzanie Krakowa i niesamowitej Kopalni Soli w Wieliczce. To była naprawdę ekscytująca wizyta. Jesteśmy pewnie, że nasi goście z Tasmanii mają podobne wrażenia. Jak podkreślała Anita, na każdym kroku „Wow! Czuję się u Was jak w „pszczelim Disneylandzie”.

Martyna Walerowicz: Skąd pomysł zorganizowania programu Tasmanian Junior Beekeepers? Jaki jest główny cel tej organizacji? A może jest wiele małych celów? Anita Long: Wiele! Uczę o pszczołach w szkołach, a także o pszczelarstwie i znaczeniu pszczół. Jednak program nauczania w szkołach nie zapewniał możliwości dalszego uczenia się o pszczołach, a dzieci w Australii nie mają zapewnionego przystępnego sposobu nauki pszczelarstwa, więc pomyślałam – zrobię grupę pszczelarską, wyłącznie dla dzieci, bez dorosłych. Powodem tego była chęć podniesienia świadomości znaczenia pszczół w zapylaniu, środowiska pszczół, a także miodu, ale priorytetem są same pszczoły. Moim celem w Australii, która jest terytorialnie dużym krajem, jest stworzenie naprawdę silnej sieci młodych pszczelarzy, pracujących jako pszczelarze, robiących wszystkie te wspaniałe rzeczy dla pszczół. MW: Bardzo ważne jest uczenie adeptów pszczelarstwa, którzy później faktycznie wiedzą, jak być dobrymi pszczelarzami. Słyszałam, że istnieje problem z dużą ilością nieprzygotowanych ludzi, którzy zajęli się pszczelarstwem, dla zysku na produkcji miodu manuka. Czy to prawda? AL: Nie mam wiedzy na ten temat. Miód manuka, krzew, Leptospermum scoparium to szczególna roślina, która pochodzi z Australii i Nowej Zelandii. W nowej Zelandii nazywa się Manuka, w Australii nazywa się Jellybush, więc kiedy wszystkie badania zostały przeprowadzone i okazało się, że miód manuka ma silne właściwości lecznicze, wiele osób zaczęło go pozyskiwać. Miód, który produkujemy, nazywa się Manuka, ponieważ jest to bardzo opłacalne, ale osobiście uważam, że Australijczycy powinni nazwać ten miód po australijsku. Jeśli chodzi o ludzi, którzy stają się pszczelarzami tylko dlatego, żeby wytwarzać ten drogi miód, myślę, że na pewno tak się dzieje i wiem, że producenci w niektórych krajach używają niewielkich ilości tego miodu i jego aktywnych składników i dodają go do taniego, importowanego, a następnie sprzedają jako pełnowartościowy miód manuka. Wiem, że niedawno ktoś został oskarżony o podrabianie miodu przez dodanie takich składników, które zwiększają właściwości antybakteryjne ich miodu. Istnieje więc ryzyko złych praktyk. MW: Ile lat mają dzieci, które biorą udział w Tasmanian Junior Beekeepers? AL: Nasz program dla młodych pszczelarzy jest dostępny dla dzieci w wieku między 7 a 17 rokiem życia, zachęcamy wszystkie dzieci do wzięcia w nim udziału i nie pobieramy żadnych opłat. W ten sposób każde dziecko niezależnie od możliwości, może się zaangażować. Wzrost ilości chętnych jest ciągle wyzwaniem, ponieważ mieliśmy małą przestrzeń oraz dużą ilość dzieci, więc musieliśmy bardzo szybko się rozwijać. Staramy się ciągle dostosować, bo często mamy więcej chętnych niż czasu i przestrzeni do zorganizowania nauki. To jest naprawdę pozytywne, ale staramy się zapewnić dzieciom jak najlepsze warunki. Mój program szkolny obejmuje dzieci od przedszkola po liceum. MW: Ile dzieci uczestniczy w Twoim programie? AL: W naszej grupie mamy prawie 100 młodych pszczelarzy. W zeszłym roku uczyliśmy około 2000 dzieci w szkołach na Tasmanii, co było niesamowite, a jeszcze kolejne na konferencjach. To były wykłady dla dzieci i wystawy, więc w ten sposób można doliczyć tysiące kolejnych. Dużo dzieci! I to wszystko na zasadzie wolontariatu. To nie jest moja praca, nie zarabiam na tym, co czyni to jeszcze lepszym. MW: Ilu wolontariuszy Ci pomaga? AL: Mamy około 16 wolontariuszy, ale staramy się trenować kolejnych. Jesteśmy bardzo wyczuleni na aspekt bezpieczeństwa dzieci i bardzo pilnujemy, kto jest wolontariuszem. Zawsze upewniamy się, czy wszyscy nasi wolontariusze są w pełni przeszkoleni. Na szczęście niektórzy z nich to lekarze i pielęgniarki, nauczyciele, prawnicy, więc pomagają nam, doradzając w prowadzeniu naszej działalności. Dopiero niedawno uzyskaliśmy status organizacji non-profit, co oznacza, że możemy ubiegać się o dotacje rządowe, co znacznie zwiększa nasze możliwości działania. MW: Przyjechaliście na Słowację na Międzynarodowe Spotkanie Młodych Pszczelarzy. Powiedz naszym czytelnikom, jak było? Ilu uczestników było w Bańskiej Bystrzycy? Ile krajów było zaangażowanych w spotkanie? AL: W zeszłym roku zostaliśmy zaproszeni i stwierdziliśmy, że mimo iż to miliony mil od miejsca, w którym mieszkamy, musimy pojechać i pomóc tworzyć podobną organizację innym młodym pszczelarzom. I aby pokazać Laurze coś, czego nigdy nie mogłaby zobaczyć w Australii. W spotkanie zaangażowanych było 30 krajów (miało być 32, ale niektórzy uczestnicy nie przyjechali), prawie 80 młodych uczestników, a w całym wydarzeniu wzięło udział 300 delegatów. MW. Czy dobrze się bawiłyście? AL:Było niesamowicie! Nie zdawałam sobie sprawy wcześniej z tego, jak może być wspaniale i jak pozytywne będzie dla nas to doświadczenie oraz jakie wspaniałe możliwości współpracy otworzą się przed nami. Ta impreza przerosła moje oczekiwania i… mówię to w imieniu Laury – było to wspaniałe doświadczenie, nauka różnych technik i sposobów, których używają europejscy pszczelarze, wykonując swoje rzemiosło, które są dla nas czymś nowym. To bardzo pouczające i ciekawe. (do Laury:) Powiedz, co myślisz, czego się dowiedziałaś nowego? Laura: Europejskie pszczoły wydają się dużo spokojniejsze... AL: W Australii nie mamy warrozy, więc pszczelarstwo jest inne. W Europie pszczelarstwo skupia się na walce z warrozą, podczas gdy my możemy skupiać się tylko na pszczołach. MW: Jakie są sposoby na zapobieganie rozprzestrzenianiu się warrozy w Australii? AL: W Australii obowiązują bardzo surowe przepisy dotyczące bezpieczeństwa biologicznego, więc ludzie nie mogą przywozić niektórych produktów – plastry miodu i pszczoły są zabronione. W Tasmanii i w Australii mamy tzw. ule strażnicze rozmieszczone wokół portów i lotnisk. W porcie Hobart mamy 12 uli, które są sprawdzane pod kątem warrozy co trzy tygodnie, więc jeśli zaatakowane pszczoły przedostaną się przez morze, jest duża szansa, że najpierw trafią do najbliższych uli. Jest to więc jakiś sposób ochrony naszego środowiska i naszych pszczół w Tasmanii i Australii. To nie jest 100% zabezpieczenie. Jestem niestety pewna, że któregoś dnia i my będziemy mieć problem z warrozą, co spowoduje ogromne szkody, ale myślę, że nasze służby sanitarne robią wszystko, co w ich mocy, aby tego uniknąć (nawet znaleziono zarażoną kolonię pszczół w jednym z kontenerów transportowych, który przypłynął do Melbourne, na szczęście był to inny typ warrozy. To nie był destruktor, tylko jacobsoni). Radzą sobie z tym. Jedną z rzeczy, która pomaga, jest to, że w Australii mamy duże odległości między obszarami z różnymi populacjami pszczół – oczywiście są pszczoły w całej Australii, ale mam nadzieję, że jeśli coś się wydarzy w jakiejś okolicy, to po prostu zostanie na miejscu i nie przeniesie się na inne obszary. W tym roku nasze dzieci pracują ze służbami sanitarnymi w Tasmanii, Laura też. Pomagają monitorować „ule strażnicze”, co oznacza, że troszczą się o swój kraj i jego przyszłość.

MW: Ilu pszczelarzy jest w Australii / Tasmanii? AL: Wydaje mi się, że w Australii jest około 10 000 zarejestrowanych pszczelarzy, ale podejrzewam, że jeszcze tyle samo, jeśli nie więcej, niezarejestrowanych. MW: Jaki jest najbardziej popularny rodzaj ula? AL: Powiedziałbym, że w Australii najbardziej popularnym ulem jest ul Langstrotha. Na Tasmanii używamy połówek lub ramek „ideal”, ale wiele jest francuskich uli typu Warre. Jest dość popularny na Tasmanii. Często stodowany jest również australijski ul typu „Flow”. Moje osobiste doświadczenie nie było zbyt dobre, ale znam ludzi, którzy odnieśli sukces z tym typem ula. Zmuszamy pszczoły, aby pracowały na plastikowym plastrze. Kiedy używasz plastikowych ramek i nakładasz na nie wosk, wiesz, że pszczoły obudowują wosk i to po prostu działa. Pszczoły nie chciały wchodzić do plastikowych komórek. Męczyliśmy się z tymi ulami, a w końcu zrezygnowaliśmy, ponieważ było to zbyt trudne, bo miód, który wytworzyły pszczoły, ulegał krystalizacji. Podoba mi się jednak jego koncepcja. To bardzo sprytny sposób. Jednak wydaje mi się, że ludzie mają wrażenie, że nie opiekują się pszczołami tak, jak powinni. MW: Czy pszczelarstwo na Tasmanii jest inne niż w pozostałej części Australii? AL: Mamy znacznie krótszy sezon. Mamy cztery pory roku, ale klimat się zmienia, jak wszędzie. Zwykle na Tasmanii mamy wyraźną zimę, wiosnę, lato i jesień, ale to się zmienia. Nasze zimy stają się cieplejsze, a lata bardziej gorące. MW: Więc granice między porami roku się zacierają? AL: Tak, wszystko jest mieszane. Co jest dla nas zmartwieniem. To nie jest dobre dla nikogo. Zwykle na Tasmanii mamy bardzo długą zimę, więc nasze pszczoły zimują przez długi czas, inaczej niż w Australii, gdzie niektóre części są tropikalne. Wiesz – pracują przez cały rok, z wyjątkiem deszczu, ale w środkowej Australii mają niesamowite warunki dla pszczelarstwa. Zawsze coś kwitnie. MW: Ile miodu można uzyskać z jednej rodziny pszczelej? AL: Tak więc ubiegły rok był słaby, ponieważ nie było deszczu i przez to nektaru, a zebraliśmy średnio 46 kilogramów z 1 ula, co było średnią z ula dzieci. Jednak były takie przypadki, że z jednego ula zbieraliśmy 120 kg rocznie, ale to był wyjątkowy ul. Naszą filozofią jest karmienie pszczół cukrem i syropem cukrowym tylko w wyjątkowych przypadkach, tylko wtedy, gdy pszczoły głodują. Wolimy zostawić cały miód w ulu i chronić nasze pszczoły, niż wyjąć miód i karmić cukrem. Dla nas pszczoły są na pierwszym miejscu. Jesteśmy więc dość ostrożni w kwestii ilości uzyskiwanego miodu. W tym roku zostawiliśmy 3 nadstawki typu „ideal”, czyli półtora pełnej skrzynki z plastrami z miodem na naszym ulu na zimę (w Australii jest teraz koniec zimy). Sprawdziłam je przed wylotem i nadal mają się dobrze. Są ludzie, którzy tak nie robią, a my czujemy się dobrze, zostawiając tyle dla naszych pszczół.

MW: To w jakiś sposób przypomina mi o dzikich pszczołach. Pracujesz z nimi? AL: Mamy wiele rodzimych gatunków pszczół na Tasmanii. Apis mellifera, nasza pszczoła miodna została sprowadzona spoza Australii, więc może powodować problemy z równowagą z rodzimymi pszczołami. Znam kilka osób, które trzymają rodzime pszczoły, ale nie na Tasmanii. W innych krajach są też rodzime pszczoły bez żądeł. I to jest fantastyczne! Chciałabym mieć takie u siebie. Pozwoliłoby to zaoszczędzić mnóstwo komplikacji. Ludzie czasem trzymają rodzime pszczoły, my niestety nie. Na Tasmanii mamy ponad 100 gatunków rodzimych pszczół, o których chcemy się nauczyć jak najwięcej. MW: Osobiście lubię je, wydają się takie ładne, małe i budują spirale. AL: Spirale! Tak, są takie cudowne! Mam przyjaciółkę, która mieszka w Południowej Australii i też koncentruje się na młodych pszczelarzach. Pokazywała nam takie spirale. Wspominała też, że nie musi się martwić o użądlenia. Jest to świetne głównie ze względu na ilość dokumentów, z którymi mamy do czynienia z ponad setką dziećmi, z użądleniami i pszczołami i alergiami dzieci. To jest dość skomplikowana część przedsięwzięcia. O wiele bardziej niż myślałam, kiedy wpadłam na pomysł „może powinnam założyć dziecięcą grupę pszczelarską – to na pewno łatwe”. Prawo w Australii jest bardzo restrykcyjne pod tym względem.

MW: Co jest najbardziej problematyczne w australijskim pszczelarstwie? My mamy warrozę a Wy? AL: Susza. Brak wody, brak kwiatów z powodu suszy, a nawet gdy są kwiaty – są suche. To jest nasz największy problem – głód. Mamy też zgnilca amerykańskiego (AFB). W niektórych częściach Australii mają małego chrząszcza ulowego. Na Tasmanii wybuchła epidemia AFB. W tym roku mamy też ogromne pożary buszu. 70% miodu produkowanego w Tasmanii pochodzi z tzw. drzewa skórzanego. Kwitną na koniec sezonu. Tak więc wielu pszczelarzy przenosi swoje ule na ten pożytek, który zwykle jest niesamowitym źródłem miodu. W tym roku przez pożary i suszę było ich mniej niż 80% normalnej ilości, więc był to ogromny problem. Kontrowersyjne jest to, że rząd i służby leśne wycinają drzewa skórzane na niektórych obszarach, a odrodzenie ich zajmuje co najmniej 25 lat, czyli niemal całe jedno pokolenie pszczelarzy. Tak więc ogień i wycinanie, które powoduje poważne luki dla całych pokoleń pszczelarzy. To jest bardzo, bardzo smutne, ale jest niestety rzeczywistością. Ludzie sami zmniejszają ilość źródeł miodu dla pszczół. Dodatkowo wspomnę, że największym zagrożeniem dla wszystkich pszczelarzy są pestycydy i herbicydy, substancje chemiczne stosowane nie tylko w rolnictwie, ale nawet w ogródkach. To prawdopodobnie powoduje więcej problemów niż susza. Na Tasmanii mamy wielu pszczelarzy, którzy stracili całe kolonie z powodu opryskiwania. Ludzie opryskują… Laura: wszystko… AL: Opryskują wszystkie chwasty, które są źródłem pokarmu dla pszczół. To, czego uczymy nasze dzieci, to nie tylko patrzenie na warunki w ulu, patrzymy na środowisko pszczół również poza ulem. Dlatego na naszej farmie decydujemy się nie używać oprysków. Mamy dużo chwastów. I to jest ok! Zdecydowaliśmy się nie opryskiwać. Ale – wiesz – po drugiej stronie ulicy... pryskają. A nasze pszczoły niestety tam latają. Naszym wyborem jest ograniczenie naszego wpływu na środowisko, dla naszych dzieci, dla ich dzieci. To jest nasz punkt widzenia, w który naprawdę wierzymy.

MW: Mam wrażenie, że Australia koncentruje się na ekologii. Że jeśli coś pójdzie nie tak... będzie katastrofa. Podobnie jak było w przypadku królików, żab i innych gatunków inwazyjnych. Powiedz mi, czy wszyscy Australijczycy są tacy proekologiczni? AL: W skrócie: nie. W całym kraju istnieje ruch, który ludzie zaczynają rozumieć, że nie można używać chemikaliów i oczekiwać, że nie wpłynie to na nic innego. I powoli, poprzez naszą młodzież i programy w naszych szkołach, uczą się, że ta sytuacja jest zła. Już wiemy, że daje to efekt krótkoterminowy. Jednak z drugiej strony mamy nasz rząd, któremu chodzi o pieniądze, chodzi o gospodarkę, a nie o to, by rzeczy były bardziej naturalne. Zamiast tego opryskują wszystko, co się da, ponieważ jest to szybkie i łatwe. Niestety jest to szkodliwe dla ludzi i zwierząt, owadów, i to nie tylko pszczół, ale wszystkich zapylaczy. To jest powód, dla którego ruch koncentruje się bardziej na „pozwól naturze być naturą” i pracuje też nad permakulturą itp. Ja też z pewnością jestem taką osobą. Wielu Australijczyków to rozumie, ale wiele osób nie wie, jak mogą pomóc. Nie zawsze możemy zmienić politykę naszego rządu tak, jak byśmy chcieli. Dlatego ludzie, po prostu normalni ludzie, mogą chociaż uprawiać kwiaty przyjazne pszczołom. Powinni być świadomi tego, że nie należy opryskiwać swoich ogrodów. To właśnie to, co możemy robić w naszych domach i na własnych farmach. Staramy się skupiać na tym, co możemy zrobić, a nie na tym, czego nie możemy. Coś ciekawego, co dzieje się w tej chwili i jest naprawdę fajne, nazywa się „Seed Bomb Revolution” (rewolucja bomby nasiennej)*. To pozytywny aktywizm bierny! Czasami pszczelarze i działacze są dość agresywni. To nie ma dla mnie sensu. Nie ma sensu malować graffiti albo niszczyć. *Redakcja: Bomba nasienna to kulka, zawierająca nasiona roślin, ziemię, w której mają się rozwinąć oraz glinę, która to wszystko scala i powoduje, że bomba może w całości przetrwać lądowanie w docelowym miejscu. Tam pod wpływem deszczu i słońca powoli uwolni swoją cenną zawartość. Bomby nasienne służą do zazieleniania miejsc, w które trudno się dostać, żeby coś posiać lub posadzić w inny sposób.

MW: Mówisz o Greenpeace? AL: Tak, o tym właśnie mówiłam. Zbyt wiele wrogości. Jeśli prowadzisz akcje pozytywne, efekty będą również pozytywne. Wrogość rodzi tylko więcej wrogości, tak właśnie mi się wydaje. I tego też staram się uczyć nasze dzieci, być pozytywnymi i budować, nie niszczyć. Tak więc Seed Bomb Revolution to jest to, w co się angażujemy teraz na 100%. Kiedy mnie nie ma, moja córka, która ma 10 lat, pracuje nad nasionami i przykleja je do kartek. Można rozdawać je ludziom jako ulotki. W tym roku więc zdecydowanie wchodzimy w bomby nasienne.

MW: I chciałam zapytać Laurę o jej doświadczenie w pszczelarstwie. Ile miałeś lat, kiedy zaczęłaś przygodę z pszczelarstwem? L: Miałam 10 lat, kiedy zaczynałam. A teraz mam 12. Bałam się os i trzmieli, ale myślałam też, że trzmiele są słodkie i puszyste. I mój brat został użądlony, zanim zostałam pszczelarzem, więc na początku byłam zdenerwowana. Jednak teraz już jest w porządku. MW: Czy masz własną pasiekę, czy planujesz ją mieć? L: Zajmuję się jednym ulem. Pojedynczy ul. Zajmuję się nim razem z tatą. AL: Ale częścią prezentu dla Laury, oprócz tego, że tu przyjechała, jest to, że dostanie swój własny ul. Później będzie uczyć tatę lepszych technik pszczelarskich. L: Bo on uczy się z YouTube! Te techniki nie zawsze są poprawne. Czasami ogląda amerykańskie strony, a ich techniki pszczelarskie są zupełnym przeciwieństwem do tego, co robimy my. AL: Więc będzie miała swój własny ul, gdy tylko nadejdzie wiosna, sami go zbudujemy. Laura dużo już wie. Może mogłabyś opowiedzieć o sukcesie na spotkaniu w Słowackiej Balnicy? Bardzo dobrze jej poszło jak na osobę z innej części świata, z innym niż europejski stylem pszczelarstwa. Dostała tylko 6 punktów mniej niż zwycięzca! To było niesamowite. Szczerze, przyjechaliśmy po doświadczenie, nie na zawody. Oczywiście zawody są jej częścią, ale najbardziej zależy nam na zdobywaniu doświadczeń. Laura spisała się świetnie. I to też było dla mnie bardzo cenne. Inni młodzi pszczelarze i młodzieżowe organizacje pszczelarskie – mogę się z nimi kontaktować. Podoba się nam w też w Polsce :) L: Mieszkamy w niesamowitym hotelu! A wystawa Apilandia jest bardzo fajna. Nawet jeśli nie rozumiem, co tam się mówi, bo jest w innym języku, ale jest fajna. AL: To niesamowite! Robiłam rozeznanie. Chcemy zrobić w Australii pszczelarskie centrum edukacyjne. Teraz cały czas chodzimy do szkół, a chcielibyśmy mieć miejsce, do którego mogliby przyjść inni. Mój pomysł był dość prosty, a potem przyjechałam tutaj i teraz... Potrzebuję więcej funduszy! Ponieważ Apilandia jest niesamowita. Nie mogę tego tak zostawić, jestem teraz dość zazdrosna – będziesz musiała sprawdzić moje torby przed wyjściem! Chcemy na pewno mieć taki edukacyjny ul z ramkami, które mają z jednej strony pytanie, a z drugiej strony odpowiedź. W Tasmanii mamy bardzo krótki sezon, ale dzieci chcą mieć kontakt z ulami. Próbujemy więc stworzyć wizualny ul, ale tylko ze zdjęciami, zbieramy fotografie, ale trudno zdobyć dobre. Teraz kiedy widzę, jak inni ludzie robią podobne rzeczy, myślę, że to jest właśnie ten sposób. Chcemy, aby dzieci mogły zobaczyć ule bez żywych pszczół. Przygotujemy też ul ze zdjęciami chorób, bo czasami dzieci nie wiedzą, jak wyglądają choroby w ulu, znają je tylko z książek.